Najpiękniejszy w naszej pracy jest x-factor

W wywiadach z ekspertami Game Changers Academy, często przewija się wątek dojrzewania do bycia liderem, pewnej przemiany, która staje się ich udziałem oraz ogromnej roli rozwoju świadomości. Mam poczucie, że głównym tematem tych rozmów jest droga, którą każdy z naszych bohaterów przeszedł, żeby dotrzeć do miejsca, w którym jest w tej chwili. Historia naszego dzisiejszego gościa jest szczególnie ciekawa. To dowód na potwierdzenie tezy, że chęci, marzenia, poparte ciężką pracą, mogą przynieść nadzwyczajne rezultaty. Czy doświadczenie reżysera na planie da się przełożyć na wyzwania lidera w organizacji? Mam nadzieję, że spotkanie z Konradem Smugą, przybliży nas do odpowiedzi na to pytanie. Zapraszam do lektury!

Kuba Kujałowicz: Karierę w Show biznesie zaczynał Pan jako DJ. Nie ma Pan formalnego przygotowania do pracy, którą Pan wykonuje. Jak to się stało, że znalazł się Pan w tym miejscu?

Konrad Smuga: To był przypadek. Moim marzeniem była zawsze praca w radio, puszczanie muzyki. W latach 80. zarobkowo grałem na dyskotekach. Zdobyłem weryfikację ministerstwa kultury, co nie było wcale łatwe, był specjalny egzamin…

KK: No tak, wtedy jeszcze trzeba było mieć papiery…

KS: Nie trzeba było, ale bez papierów zarabiało się dużo mniej, nie dało się z tego utrzymać. Trzeba było zdać egzamin w Ministerstwie Kultury – teoretyczny, potem praktyczny. To była jedna trudna rzecz w tym zawodzie. Drugą było zdobywanie muzyki. Jak chciałem coś zagrać, musiałem zdobyć płytę. Za trzy dni grania w klubie studenckim, dostawałem pieniądze, które na giełdzie w Warszawie wystarczały na kupno trzech singli. W dodatku, kupowaliśmy te płyty trochę w ciemno – tych piosenek nie grało radio, więc trzeba było po 15 sekundach odsłuchu zdecydować, czy utwór się nadaje czy nie. Ponieważ marzyłem o pracy w radio, poszedłem na egzamin do Radia Kielce. Usłyszałem, że mam szeleszczące spółgłoski i nie mam szans na prace w tym zawodzie. Kiedy w Kielcach otworzyła się pierwsza lokalna telewizja, poszedłem na casting i wygrałem. Zacząłem tam robić programy. Później powstał Polsat gdzie na początku robiłem różne rzeczy – równocześnie pracując w reklamie. To nie było spełnienie marzeń. Są tam wprawdzie niezłe budżety i duże możliwości, ale nie można samodzielnie decydować. Tam decyduje klient, agencja i jeszcze wiele innych osób, w efekcie odpowiedzialność za wynik jest rozmyta.

KK: Rozumiem, że zajmował się Pan stroną realizacyjną?

KS: Tak. Reżyserią. Dużo nauczyłem się w telewizji w Kielcach. Wtedy zupełnie nie było wykształconych kadr i to było moje szczęście. Moim zdaniem jeśli ktoś naprawdę chce coś osiągnąć i ma jakiekolwiek predyspozycje, to to osiągnie. W tym zawodzie potrzebna jest wrażliwość na obraz, na dźwięk, trochę psychologii, którą wyniosłem ze studiów nauczycielskich. Udało się – trafiłem na fajnych ludzi, którzy tak jak ja chcieli z reklamy uciec. Gdy powstał program Idol, ktoś mi zaproponował, żebym obejrzał pierwszą serię i zrobił jej analizę. Po zrobieniu analizy, dostałem propozycje od Fremantle’a, żeby zrobić drugą edycję. To był skok na głęboka wodę. Oczywiście powiedziałem, że spoko, dam radę.

KK: I dał Pan…

KS: I dałem. To był wielki krok do przodu. Potem odezwała się Nina Terentiew z Dwójki, zaczęły się sypać propozycje. Czasy były zarazem łatwe i trudne. Rynek ma już teraz wykształconych reżyserów, naprawdę trzeba być dobrym żeby coś osiągnąć. Wtedy każdy kto cokolwiek umiał i miał bardzo dużo chęci, dostawał szansę. Oczywiście nie wszyscy umieli z tego skorzystać. Z drugiej strony do wszystkiego trzeba było dochodzić samemu, bo nie było od kogo się uczyć, nie było Internetu. Teraz każdy kto pracuje w branży, może sobie zobaczyć, jak się produkuje na świecie.

KK: Trochę tak jak z tymi płytami, 15 sekund i trzeba się zdecydować.

KS: Tak. Coś w tym stylu. Swoją drogą, jeśli mamy czas, chętnie opowiem anegdotę. W czasach kiedy zajmowałem się puszczaniem płyt, funkcjonowało trio producenckie Stock Aitken Waterman,  taka fabryka przebojów – stworzyli m.in. Kylie Minogue czy Ricka Astley’a. Kiedy przyjeżdżałem na giełdę do Hybryd i nie było na czym odsłuchać płyty, bo były np. zajęte gramofony, ale widziałem że było na niej napisane Stock Aitken Waterman, a wykonawca był nieznany, raczej brałem to w ciemno. To była gwarancja dobrej piosenki. Po latach pojechałem do Londynu, robić światowego Idola. Na before party przedstawia mi się człowiek, mówi że jest angielskim jurorem: – Hi! I’m Pete Waterman. Jak opowiedziałem mu, jaką był dla mnie marką, miał łzy w oczach.

KK: Panie Konradzie, padły tu już słowa o wykorzystaniu psychologii. Myślę że dochodzimy do kluczowego pytania, z naszego punktu widzenia. Jak to jest, zarządzać tak wielką grupą ludzi, w tym gwiazdami, które jak przypuszczam mają silne osobowości. Jak Pan sobie z tym radzi?

KS: Jeśli mam sto osób na planie, to oznacza, że mam stu artystów. Każdy w swoim fachu jest artystą, bo gdyby nim nie był, pracowałby gdzie indziej. Umiejętności pracy z taką grupą nie zdobędzie się ot tak, to trzeba sobie wypracować przez lata. Przede wszystkim, ludzie muszą wiedzieć że jesteś kompetentny. Po drugie muszą wiedzieć, że jeśli wydasz im jakieś polecenie, podejmiesz jakąś decyzję i ona będzie błędna, to weźmiesz potem odpowiedzialność na siebie. W tej branży popełniamy wiele błędów. Jest zawsze ten x – factor. Nie wiadomo dlaczego kiedy Barbara Kurdej – Szatan  występuje w reklamie Play’a z tym facetem, to wszyscy kochają Barbarę Kurdej – Szatan, a nikt nie pamięta jak nazywa się ten drugi człowiek. To jest właśnie x-factor, coś najpiękniejszego w tym co robimy. Wracając do pytania: jeśli ludzie wiedzą, że jestem kompetentny i że za nimi stanę, już nie muszę być hegemonem. Kiedyś byłem straszny, krzyczałem na ludzi. Ale najczęściej krzyczy się z bezradności, że nie wiemy jak przekonać innych, żeby uznali naszą rację.

KK: Z wykształcenia jest Pan nauczycielem…

KS: Tak. Historii. Ale poszedłem na  studia tylko po to żeby nie iść do wojska, nie zmarnować 2 lat życia. Na studiach, podczas zajęć praktycznych, poszarpałem trochę jednego z uczniów, który okazał się synem pani dyrektor. Był ode mnie ledwie dwa lata młodszy, poskarżył się matce. Opiekun roku wziął mnie na rozmowę, w czasie której kazał przyrzekać, że nigdy nie będę uczył. Zostawił mnie na studiach tylko dlatego żeby wojsko się o mnie nie upomniało. Przez lata udawało mi się dotrzymać słowa. W tej chwili prowadzę zajęcia ze studentami. Każdy cykl wykładów zaczynam od tej anegdoty.

KK: Jak Pan ocenia perspektywy rynku telewizyjnego? Mówi się, że to medium się kończy.

KS: Internet wykończy telewizję. Trzeba się z tym pogodzić, choć ja kocham telewizję ramówkową i to że trzeba się spieszyć, żeby coś włączyć o określonej godzinie! Dla młodych ludzi to jest zupełna abstrakcja. Defragmentacja rynku spowoduje, że będzie coraz mniej pieniędzy na duże widowiska. Telewizja obroni się tylko przy programach na żywo i programach informacyjnych. Oczywiście jakaś forma produkcji rozrywkowych na pewno będzie. Telewizja to przeniesienie widza z fotela, do świata, w którym on nie ma szans się znaleźć, ludzie tego potrzebują. Dlatego zwykle słabą oglądalność mają programy typu making of. Ludzi nie obchodzi „jak to się robi”, oni chcą widowiska.

KK: Z drugiej strony, popularność zdobywają programy pokazujące życie zwykłych ludzi.

KS: Reżyseruję program Rolnik szuka żony, który w telewizji publicznej okazał się hitem. Co ciekawe leżał na stole w komercyjnych stacjach i nie wzbudził zainteresowania. Na rozdaniu Telekamer, powiedziałem, co kilka osób zabolało, że gratuluje naszym widzom, którzy okazali się mądrzejsi od dyrektorów programowych.

KK: Co misyjnego, co związanego z rolą przypisaną mediom publicznym, jest w takim Rolniku?

KS: Dobre pytanie i chętnie na nie odpowiem. Wbrew pozorom bardzo dużo. Rolnik pochodzi z telewizji komercyjnych: w Niemczech, Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii i Australii, jest to program stricte komercyjny, nastawiony na śmiech, na to żeby pokazać ludzkie słabości. Polska jest pierwszym krajem, w którym ten program jest w telewizji publicznej i to według mnie nadało mu zupełnie inny sens. Pokazujemy wieś z zupełnie innej perspektywy: wieś nowoczesną, nowoczesnych rolników. Ludzi, którzy tak naprawdę są biznesmenami, którzy mogliby zajmować się każdym innym biznesem. To nie są ludzie oderwani granatem od pługa. Poza tym, na wsi naprawdę jest problem ze znalezieniem partnera. My pokazujemy tych ludzi z innej perspektywy. Mam taką zasadę, że nie zmieniam bohaterów. Zabraniam im ubierać się czy mówić inaczej albo sprzątać jeśli mają bałagan. Wszystko pokazuję tak jak jest. W pewnym momencie, niektórzy bohaterowie przechodzą przemianę, zaczynają dbać o siebie, zwracać uwagę na wiele spraw, które dotychczas wydawały im się nieistotne . Pokazuję jak można się zmienić, zrobić coś pozytywnego ze swoim życiem.

KK: Z jakiego klucza ludzie trafiają do programu?

KS: Zgłaszają się. W pierwszej edycji szukaliśmy ich na własna rękę i było ciężko, bo program nie był rozpoznawalny. Teraz zgłaszają się i od razu połowa zgłoszeń ląduje w koszu, bo są to ludzie, którzy przyszli dla szpanu, żeby się pokazać w telewizji, a ja nie chce takich ludzi. Nie potrzebuję w tym programie gwiazd. Może biorę jedną czy dwie osoby, które mają takie ciągotki. Jednak większość zgłoszeń o takim charakterze, ku przerażeniu mojej redakcji, ląduje w koszu, a dostają się takie osoby, o których w pierwszej chwili nikt by nie pomyślał.

KK: A macie świadomość co ludzie potem robią z tą popularnością, która często spada na nich jak grom z jasnego nieba?

KS: Ludzie postępują różnie. Nie wszyscy potrafią to wykorzystać i zrobić z tym coś sensownego.

KK: Wiem, że oprócz lekkich, popularnych form rozrywkowych, realizuje Pan także ambicje artystyczne.

KS: Tak, raz czy dwa razy w roku staram się zrobić coś, co można nazwać sztuką. Mam dużą świadomość tego co robię i tego co ma wartość artystyczną, a co jej nie ma. W ubiegłym tygodniu reżyserowałem spektakl w Teatrze Wielkim, a w sobotę robiłem Roztańczony Narodowy, czyli koncert disco polo. Jednym ani drugim się nie brzydzę. Skoro 40 tysięcy ludzi kupiło bilety na disco polo, to ja wychodzę z założenia, że trzeba im to dać w jak najlepszej formie. Ja bym w życiu nie kupił biletu na ten koncert. Powiem więcej: nie kupiłbym biletu na koncert pop, bo słucham jazzu i opery. To nie znaczy że mam się obrażać na to co się ludziom podoba. Wykonuję zawód, usługowy w stosunku do widza. Zdaję sobie sprawę, że to nie są wielkie rzeczy, ale w komercji też trzeba być dobrym.

KK: Co Pan uważa za swój największy sukces? I czy jest Pan Królem Midasem show biznesu, czy zdarzyły się Panu także porażki?

KS: Oczywiście, że porażki się zdarzają i to najczęściej wtedy kiedy się ich nie spodziewam. Wydaje się, że wszystko jest OK i nagle pojawia się ten x – factor. Zaczynam robić Fabrykę Gwiazd, mam świetne jury, świetna obsadę, doskonałą scenografię. Pierwszy odcinek ma 24% udziału w rynku, a ostatni 16%. Gdy dostałem propozycje robienia Rolnika obawiałem się, czy będzie to sukces, a okazał się największym hitem. Jeśli chodzi o sukcesy: patrząc od strony komercyjnej, na pewno Rolnik, ale też festiwale w Sopocie i wiele innych rzeczy, ale wydaje mi się że to co najlepsze wciąż przede mną.

KK: A jakie w takim razie jest Pana marzenie zawodowe?

KS: Reżysersko już nic nie jest w stanie mnie poruszyć. Tak naprawdę, chciałbym zarządzać programem w dużej stacji telewizyjnej. Mam nadzieje, że w swoim czasie przyjdzie taka propozycja. Byłoby to coś co by jeszcze we mnie podpaliło taki szaleńczy ogień twórczy.

Ewa Fabisiewicz: Jak Pan sobie radzi ze stresem przy transmisjach na żywo?

KS: Musze być pewien, że wszystko jest dobrze przygotowane. Są rzeczy na które mam wpływ: dobrze przygotowana załoga, precyzyjnie zrobione próby, gdzie każdy na planie wie czego od niego oczekuje i w którym momencie. Staram się natomiast nie denerwować rzeczami na które nie mam wpływu, np. pogodą. Na takie sytuacje muszę mieć w głowie plan b. Wszystko na co mam wpływ staram się zrobić jak najlepiej, wtedy mam spokój.

EF, KK: Dziękujemy za rozmowę

Rozmawiali: Ewa Fabisiewicz i Kuba Kujałowicz

Konrad Smuga – reżyser telewizyjny i teatralny, producent i scenarzysta. Twórca dużych widowisk telewizyjnych. Reżyserował m.in. Idola, Kuba Wojewódzki Show czy Europa da się lubić. Przez klika lat był reżyserem Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Pochodzi z Kielc.

 

Tematem tego bloga jest „poważne” zastosowanie gier. Interesuje mnie kontekst biznesowy i społeczny. Serdecznie zachęcam do dzielenia się swoimi przemyśleniami.

Najpiękniejszy w naszej pracy jest x-factor
5 (100%) Głosy: 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *